Strony

wtorek, 22 stycznia 2013

Samobójstwo


Mówiąc o samobójstwie, być może jest godne uwagi, że obaj bohaterowie Dostojewskiego zabili się: Strawogin z obojętności i samo obrzydzenia, Kiryłow po latach planowań gestu, aby zademonstrować, że nie ma Boga, i że ludzie są wolni by czynić tak jak uważają. Moje samobójstwo będzie mniej dydaktyczne”. Nanavira Thera

*

Chociaż napisałem tobie w moim ostatnim liście, że oscyluję pomiędzy ekstremami złożenia szat i samobójstwem, nie mam żadnych wątpliwości co powinienem wybrać. Dla mnie przynajmniej bardziej inteligentne z tych dwóch rzeczy jest samobójstwo, powrót do świeckiego życia byłby czystą słabością, i w każdym razie czułbym się żałośnie. Ale jak można się zabić? Na początku tego miesiąca faktycznie podjąłem próbę, ale bez powodzenia, źle to obliczyłem. Przeczytałem gdzieś, że dwóm starszym paniom w Anglii udało się to przez wstrzymanie oddechu i pomyślałem sobie, że co mogły te dwie starsze panie to i ja mogę. Pośpieszne założenie! Te starsze panie były bardziej twarde niż nasza męska duma skłonna uważać i muszę oddać im pełen honor za przeprowadzenie bardzo trudnego zadania. Znalazłem to zupełnie niemożliwym, gdy brak tlenu stał się odczuwalny, by wstrzymać impuls złapania świeżego powietrza. Człowiek żyje i uczy się (szczególnie odpowiednie motto dla nieudanego samobójstwa, jak myślisz?). Prawdopodobnie potrzeba praktyki by osiągnąć krytyczny punkt, jeden wstrzymany oddech więcej każdego dnia aż w końcu dojdzie się do straty przytomności. W każdym razie nie czuję pokusy by próbować tego jeszcze raz.

A co z nożem? W teorii wydaje się to szybkie i proste jeżeli przetniemy w odpowiednim miejscu. Ale w praktyce to ekstremalnie trudne podciąć sobie gardło z zimną krwią (nawet jeżeli wytryśnie z niego gorąca krew). To wymaga desperacji lub przynajmniej silnego poczucia pilności. Myśl o kolejnym dniu życia musi być nie do wytrzymania. Próbowałem tego około dziesięciu dni temu ale nawet gdyby nie przerwała mi mocna burza, która spowodowała zalanie miejsca i sprowadziła mnie z powrotem na ziemię, to bardzo mało prawdopodobne bym przeszedł przez to wszystko. Moja postawa jest zbyt refleksyjna i brakuje mi koniecznej potrzeby pilności jak i też rozpaczy. [Podczas tych prób nieprzyjemne uczucie w żołądku (bardziej dokładnie, mojego normalnego dyskomfortu) dało się we znaki, bez wątpienia z powodu nerwowego napięcia. Również przy jednej okazji, lekkie popuszczenie moczu, co jak pamiętam zdarzyło mi się tylko raz, w szkole, czekając na moją kolej wyjścia na scenę by śpiewać. Szkoła to piekło.]

Trucizna? Tu potrzebna jest wiedza eksperta; inaczej można łatwo skończyć czyniąc rzeczy dla siebie bardziej nieprzyjemnymi bez wytworzenia pożądanego efektu. Histeryczne kobiety piją kwas by zrewanżować się swym niewiernym kochankom spektaklem swej agonii, ale to oczywiście nie moja brożka. Poza tym, jak bhikkhu może posiąść odpowiednią truciznę? Brwi mogą wznieść się w górę jeżeli poproszę dayaka, o małą butelkę jodyny, dwadzieścia tabletek nasennych i cyjanek potasu. No i pewne trucizny są nieodpowiednie. Najlepiej umrzeć uważnie i z rozwagą i przedawkowanie opiatów czy usypiaczy powinno być zatem unikane. Powieszenie się wydaje się niekonieczne bolesne, jeżeli przeprowadzone umiejętnie. Zaskakująco duża liczba mnichów wydaje się posiadać obecnie pistolety, ale nie jestem jednym z nich, tak więc zastrzelenie się odpada. Umiem pływać, utonięcie zatem jest trudne. By dać się przejechać przez pociąg, musiałbym iść aż do Matara; a oblanie benzyną własnego ciała i podpalenie się, choć z pewnością spektakularne (zwłaszcza nocą) musi być strasznym doświadczeniem (ale wierzę, że czasami się tego próbuje).

Pozostaje forma samobójstwa o której słyszy się zadziwiająco mało – zagłodzenie. Dlaczego tak jest? Czy to nie dla tego, jak zauważa Albert Camus, że człowiek rzadko popełnia samobójstwo w wyniku refleksji? Większość samobójstw dojrzewa ignorowane w najdalszych zakątkach ludzkiego bytu, aż do czasu kryzysu zainicjowanego jakimś trywialnym wydarzeniem i człowiek kończy swe życie nagłym gestem. Ci, u których odwrotnie, decyzja by się zabić nie jest emocjonalna lecz uczyniona z pewną rozwagą, z pewnych określonych powodów, prawie zawsze wybierają zagłodzenie. Tu na przykład znajdziesz strajkującego przez głodówkę, którego cele są polityczne lub inne, głodującego aż do śmierci co protestuje przeciwko jakiejś niesprawiedliwości, rzeczywistej czy wyimaginowanej, osobistej lub publicznej. Ale ci ludzie zwykle nie są nazywani samobójcami, częściowo prawdopodobnie dla tego, że rzadko doprowadzają to do końca, ale pryncypialnie, jak mi się wydaje ponieważ termin “samobójstwo” ma zabarwienie emocjonalnie stowarzyszone z aktem zabicia siebie nie dla lepszego powodu niż ten, że się ma już dość tego życia. Taki gest zagraża podważeniem cennego społecznego bezpieczeństwa, które bazuje na konwencji, że “życie jest warte by żyć”. Samobójstwo stawia znak zapytania przed tym niekwestionowanym aksjomatem i społeczeństwo nieuniknienie rozpoznaje ten akt ze strachem i niedowierzaniem jako akt zdrady zaufania.

(Jest w zwyczaju, w Anglii przynajmniej, by koronerzy wydawali wyrok; ”samobójstwo spowodowane zakłóceniem umysłowego balansu”. Ta obraza automatycznie stawia ofiarę na złej pozycji i zapewnia społeczeństwo, że wszystko jest jak najlepiej w tym najlepszym ze wszystkich możliwych światów. Czy zauważyłeś, że socjalistyczne rządy reagują ze szczególną trwogą na indywidualne samobójstwo? To bezpośrednia krytyka ich podstawowych założeń). Jeżeli ofierze nie udała się jej próba, społeczeństwo bierze swój rewanż na niej wsadzając ją do więzienia (gdzie prawdopodobnie oczekuje się od człowieka by zrozumiał rzeczywiście, że życie warte jest tego by żyć).

Ci z kolei, którzy mogą wykazać się dobrym powodem do zakończenia życia (np człowiek zaangażowany politycznie) czynem tym nie kwestionują tej konwencji a zatem są uznawani za bezpiecznych i godnych szacunku. I tak uciekają przed niesławą. Głodówka i samobójstwo zatem rzadko są ze sobą stowarzyszone. Z mojego punktu widzenia jednak, widzę, że mogą one być stowarzyszone. Nie zatrzymam się tutaj w celu omówienia samobójstwa w świetle Dhammy, oprócz uwagi, że choć nigdy nie zachęcane, nie jest ono też wielkim przewinieniem, jak się czasami ogółowi może wydawać i konsekwencje tego aktu będą się różnić w zależności od okoliczności - dla puthujjana mogą one być bardzo poważne, ale dla arahata (np czcigodnego Channa Thery, są zerowe). Pragnę tu raczej rozważyć ewidentne zalety zagłodzenia się, które oferuje ono temu kto zdecydował się na samobójstwo w rezultacie refleksji. 1)Własne działanie jest mniej prawdopodobnie narażone na błędną interpretację. Choć to może być sprawą małej wagi dla siebie samego, może to mieć znaczenie dla innych ludzi. W pewnych przypadkach może być ważne by zrozumieć dlaczego dana osoba wybrała samobójstwo. 2)Ma się wystarczająco dużo czasu (dwa tygodnie? miesiąc? dłużej?) by ponownie rozważyć swą decyzję i zmienić ją gdy to konieczne. 3)Słyszałem, że pierwszą rzeczą która zanika przy głodówce jest pociąg seksualny. Jeżeli to prawda, ma to oczywistą zaletę dla mnie w mojej obecnej sytuacji, gdyż śmierć z towarzyszącym jej zmysłowym pragnieniem jest w najwyższym stopniu niefortunna. 4)Ma się możliwość kontemplowania zbliżającej się śmierci z wygodą, jest czas by uwolnić się od pozostałych zmartwień czy trosk związanych z życiem. 5)Można obserwować postępujące osłabienie ciała. To asubhasańńa gdzie ciało jawi się jako obiekt odpychający. 6)Można bezpośrednio obserwować zależność tego ciała od pokarmu. 7)Mówi się, że przy głodówce umysł staje się coraz jaśniejszy (choć i bardziej oderwany), wraz ze słabnięciem ciała. 8)Głodówka wydaje się oferować dobrą szansę na świadomą i trzeźwą śmierć co jest w najwyższym stopniu pożądane. 9)Dyskomfort głodówki, choć z pewnością nieprzyjemny wydaje się do wytrzymania (tj jeżeli osądzić to na podstawie zaskakująco dużej liczby osób, które podjęły dobrowolną głodówkę z trywialnych powodów).

Wielką wadą samobójstwa przez zagłodzenie jest to, że nie jest to rodzaj rzeczy (chyba, że się ma odosobnioną jaskinię z dostępem do wody), którą można przeprowadzić w samotności. Trzeba liczyć się z pytaniami. Ciekawość społeczna musi być zaspokojona. Prawdopodobnie najlepsze rozwiązanie to oznajmić swą decyzję z wyprzedzeniem i pogodzić się z wizytami miłych ludzi, prawdopodobnie mających bardziej dobre intencje niż dobrze poinformowanych, którzy przyjdą zbawić nas od naszej własnej głupoty. Jeśli to stanie się zbyt kłopotliwe, zawsze można oddać się złośliwej przyjemności pytania ich czy przyjdą na pogrzeb.
*
Rozważając sprawę samobójstwa mnicha, pogląd, że lepiej jest dla niego by złożył szaty niż się zabił, gdy odkrył, że nie jest w stanie uczynić dalszego progresu jest – jeżeli mi wybaczysz, że tak powiem – poglądem świeckiego. Jest przynajmniej jeden mnich w czasach Buddy, czcigodny Channa Thera – który (na przekór temu co mówią komentarze) zabił się jako arahat z uwagi na nieuleczalną chorobę; i jest wiele innych przykładów w Suttach, mnichów, którzy jako ariyapuggala odebrali sobie życie (i czyniąc tak stali się arahatami np Godhika Thera czy Vakkali Thera). Jeden z nich (który stał się arahatem) czcigodny Sappadasa Thera nie umiał się pozbyć pożądliwych myśli przez 25 lat i chwycił za brzytwę by podciąć sobie gardło mówiąc:

Użyję noża – jaki dla mnie pożytek z tego życia? 
Jak ktoś taki jak ja może spotkać śmierć opuszczając trening? 

I Budda sam ostrzega w (M 122), że ten kto staje się świeckim po uprzednim podążaniu za nauczycielem może znaleźć się po śmierci w piekle. Zupełnie nie ma co do tego wątpliwości, cokolwiek na ten temat może myśleć opinia publiczna, że mnichowi  raczej gorzej się doradza by złożył szaty niż by zakończył swe życie, to oczywiście w przypadku gdy uczciwie praktykował Naukę Buddy. Trudno świeckiemu (a obecnie nawet  większości mnichów obawiam się) zrozumieć, że kiedy bhikkhu poświęca całe swe życie jednemu celowi, może nadejść czas, że już dłużej nie może on zawrócić – świeckie życie jest dla niego nie do przyjęcia. Jeżeli nie może on osiągnąć swego celu jest tylko jedna rzecz dla niego do zrobienia – umrzeć. (Prawdopodobnie nie wiesz, że Budda powiedział, że słowo “śmierć” dla mnicha oznacza powrót do świeckiego życia). (Opamma Samy 11)
*
Nie, nie słyszałem o wietnamskim mnichu, który się podpalił. Można podziwiać odwagę ludzi, którzy pozwalają sobie, zachowując przy tym pełen spokój, na spłonięcie. Od razu myśli się: “Czy byłbym zdolny do zrobienia tego samego?” Gdyby przypadkowo spotkało mnie to teraz, z pewnością pozwoliłbym sobie na grymas twarzy i jęknięcie lub dwa (przynajmniej). Ale to porównanie w rzeczywistości nie jest sprawiedliwe. Ten mnich ewidentnie był już spalany wewnętrznie przez entuzjazm czy niechęć i stąd już niewielki krok by spalić się zewnętrznie dzięki benzynie i płomieniom. Ale ja obecnie nie odczuwam ani entuzjazmu ani niechęci i rzadko kiedy innymi czasy. Poza tym mnich ten miał liczną zainteresowaną widownię a to musi dużo pomagać. Przed tak zaciekawionym i jak myślę lekko wrogim tłumem, można odegrać całkiem dobre przedstawienie. Ale te akty heroizmu nie są tak zupełnie niespotykane w historii świata. W nocie edytora do mojego Kierkegaarda odkryłem następujące: “Mucius Scaevola jak powiadają włożył swą prawą rękę w płomienie i pozwolił jej spłonąć na oczach Etruskiego króla Porfinnasa, bez zmiany wyrazu swej twarzy”. (CUP 568).

Ale najbardziej celebrowanym z tych samo-podpalaczy jest Kalanos. Bez wątpienia pamiętasz, że Kalanos był hinduskim ascetą – choć nie buddystą, który towarzyszył armii Aleksandra podczas jej wycofywania się z Indii. W pewnym momencie ogłosił on, że nadszedł jego czas by umrzeć i zaaranżował skonstruowanie pogrzebowego paleniska. Wszedł na nie i je podpalił i siedział ze skrzyżowanymi nogami, nieruchomo, aż jego ciało pochłonęły płomienie.

Cóż za okazja! Przed całą grecką armią i prawdopodobnie przed samym Aleksandrem Wielkim osobiście na niego patrzącym; i każdy z tych twardych i niepokonanych weteranów, którym nie obcy był ból i cierpienie, zastanawiający się czy on sam byłby zdolny do takiej chłodno-krwistej wytrzymałości; ze spoglądającymi na niego oczami przyszłych pokoleń (jego sława przetrwała dłużej niż dwadzieścia wieków) i z honorem indyjskiego ascetyzmu jako stawką (a indyjski ascetyzm to Indie); - jak mógł zawieść?

Przez moment aż chciałoby się być Kalanosem. A jednak z punktu widzenia Dhammy, wszystko to głupstwa, dziecinna eskapada. Chrześcijański “świadek wiary” jest męczennikiem śpiewającym hymn wśród płomieni, buddyjski “świadek wiary”, jest ariya spokojnie udzielającym instrukcji o Dhammie i prowadzącym innych do tego co sam osiągnął.

Człowiek może odebrać sobie życie z wielu powodów i nie można tu dać generalnego stwierdzenia, ale kiedykolwiek samobójstwo jest gestem uczynionym by zaimponować, wpłynąć czy zaniepokoić innych, jest zawsze jak mi się wydaje oznaką niedojrzałości i pomieszanego myślenia. Niezależnie jak bardzo możemy podziwiać odwagę tego wietnamskiego mnicha, mądrość jego czynu pozostaje bardzo wątpliwa. Nie znam szczegółów prowokacji władz katolickich ale mnich jak się wydaje zabił się “walcząc w sprawie buddyzmu”. Z pewnością jego działanie jest nieskończenie bardziej chwalebne niż podpalanie kościołów, ale z tego nie wynika, że jest bardziej mądre...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.